Zaloguj Zarejestruj
Wstecz

Na straganie czy w galerii

Szczegóły

Opublikowano w
czasopismo/artykuł w prasie
Rok wydania
2016
Tytuł publikatora
Gems & Jewelry
Numer publikatora
(6) październik 2016
Wygeneruj PDF
Metryki
  • 2025-03-14 10:16:15: zedytowano przez Mariusz Pajączkowski
  • 2025-03-14 09:55:46: Utworzono przez Mariusz Pajączkowski

 

Niedawno spotkałem znajomą projektantkę biżuterii. Uczestniczyła w jednym z wielu organizowanych ostatnio „streetowych” pokazów rękodzieła, mody i innych atrakcji adresowanych do turystów. Spotkanie było niespodziewane, dawno się nie widzieliśmy, tematy do rozmowy
sypały się jeden za drugim. Czasami musieliśmy rozmowę przerwać, bo publiczność chętnie zatrzymywała się przy stoisku mojej znajomej, przymierzając biżuterię. Ktoś dokonał zakupu, ktoś pochwalił, dla kogoś bransoletka była za mała. Było miło i sympatycznie, pożegnaliśmy się i umówiliśmy, że niebawem gdzieś się spotkamy.

 

Ten sympatyczny skądinąd moment nasunął mi jednak garść refleksji. Chodnik, biżuteria, a obok... piękne swetry z Podhala, zapach grillowanych oscypków, wspaniałe wędliny (chyba z Litwy), stoisko ze starociami polsko–holenderskimi, chińskie zabawki, piwo i wata cukrowa. I biżuteria mojej znajomej, którą można spotkać także w bardzo eleganckich i prestiżowych miejscach. „Czy aby jest to właściwe towarzystwo” – pomyślałem. A że kręcę się już wokół stołu złotniczego niemal 35 lat, przypomniałem sobie jak to było wcześniej, zastanowiłem się, jak to jest dziś i postanowiłem się tymi myślami z Państwem podzielić.


Dla mnie przygoda ze srebrem i biżuterią zaczęła się na początku lat osiemdziesiątych. Królowała jeszcze „osiemsetka”, polska szkoła biżuterii odchodziła w przeszłość, na salony wchodziła biżuteria geometryzująca. Pięknie wykonana, wspaniale wypolerowana, czas matów miał dopiero nadejść. Królowały: kość mamucia, heban, szylkret, masa perłowa, bursztyn, czyli materiały łatwe w obróbce. Biżuterię ówczesnych
artystów i projektantów można było spotkać w licznych galeriach, bo to w galeriach sztuki było jej główne miejsce. Niektórzy z kolegów i koleżanek nawiązywali współpracę z istniejącymi przedsiębiorstwami (typu „Sztuka Polska”) i spółdzielniami artystów plastyków (Plastyka, Wzór, PSP), wchodząc poprzez akwizycję również do sklepów (wtedy państwowych sieci) i nielicznych punktów prywatnych.
Aj, jak się tym drugim dostawało od kolegów: a to że „fabryczki” prowadzą, a to, że praca z „pomocą techniczną” jest passe, a to, że wykonują „produkcyjniaki”. Ci z autorów, którzy zakładali działalność gospodarczą, później rejestrujący się jako podatnicy vat, byli niemal sekowani. Często było słychać, że albo jesteś artystą złotnikiem, albo prowadzisz firmę. Tak było...


Jednak wszyscy (lub prawie wszyscy) bardzo dbaliśmy o to, gdzie nasza biżuteria jest pokazywana. Ba, nieraz, gdy miała ona trafić w miejsce uznawane jako „słabe”, nie dochodziło do transakcji. Ile to było żartów w środowisku, gdy w jednym z kiosków dworca głównego w Gdańsku pokazały się prace jednego z bardziej aktywnych złotników z „Zagłębia Narbutta”. Biżuteria pokazywana na krakowskim rynku w sklepie
firmy „Arpis–Kraków” praktycznie zamykała autorowi drzwi do krakowskich galerii. Pokazanie się z biżuterią na giełdzie minerałów praktycznie wyrzucało projektanta z ówczesnego środowiska. Tak było.


W roku 1991 powstało Stowarzyszenie Twórców Form Złotniczych. Od początku ścierały się w nim dwie koncepcje: elitarna i szerokiej reprezentacji środowiska. Wygrała ta druga, liczba członków STFZ szybko rosła. Stało się to też powodem, niewstąpienia części artystów do STFZ, część zaś z czasem wycofała swój akces. Szeroka reprezentacja środowiska nie znaczyła jednak, że do STFZ łatwo się było dostać.
Odmowy przyjęcia doświadczyło wielu projektantów. Niektórzy się obrażali, inni mobilizowali. Trzeba było wtedy wykonać naprawdę dobre (również technicznie) prace ze srebra i przedstawić sporą listę złotniczych sukcesów, aby otrzymać legitymację STFZ. Dlaczego? Bo priorytetem było działanie zmierzające do ukazania sztuki złotniczej jako pretendującej do zajęcia właściwego miejsca wśród innych dyscyplin sztuki. Szukaliśmy przestrzeni w muzeach i galeriach, nie szukaliśmy go w innych miejscach, które dawały jedynie satysfakcję finansową. Prace tak kwalifikowanych członków STFZ – taką szansę dawały.


O taki kierunek działań Stowarzyszenia dbał jego prezes – Andrzej Bielak oraz Rada Programowa, do której wchodzili niemal bez wyjątku absolwenci wyższych uczelni artystycznych. Jakość tych działań była weryfikowana w kraju i za granicą, m.in. skutkowała włączeniem STFZ w europejską sieć stowarzyszeń twórczych Ars Ornata Europeana. Pierwsze duże spotkanie polskich artystów z największymi nazwiskami
europejskiej sztuki złotniczej odbyło się w roku 1997 w Strasburgu, potem nastąpiły kolejne, zaś organizacja w roku 2000 konferencji w Krakowie była wydarzeniem opisywanym już w całej Europie. Tu należy koniecznie wymienić nazwiska Andrzeja Bielaka i Jacka A. Rochackiego, na których barkach spoczęła ogromna odpowiedzialność i wielka praca. Wyszło wspaniale!


Jeszcze początek XXI wieku to pasmo sukcesów biżuterii autorskiej. Wtedy powstawały zręby galerii projektantów na imprezach targowych, targi Inhorgenta zapraszały za darmo do hali C2, powstał pierwszy cykliczny konkurs w całości nadzorowany nadzorowany przez Radę Programową STFZ – warszawskie „Prezentacje”. Trwała wymiana informacji i zaproszeń z krajami niemal całej Europy. Dokumentowaliśmy pilnie te wydarzenia i byliśmy z tego dumni. Tak było.


Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego i myśli wywołanych wspomnianym spotkaniem. Zastanawiam się, kiedy i dlaczego ten wznoszący trend polskiej biżuterii autorskiej tak bardzo zmienił kierunek. To nowe czasy i nowe cele? Nowe pokolenie złotników, którzy po pierwsze muszą zmierzyć się z ekonomiczną stroną życia? Może dziś więcej wolno nie wiedzieć, a każdemu wolno tworzyć? Pamiętam moment, w którym po raz pierwszy padła odmowna odpowiedź od jednego z kolegów zapraszanych na wystawę: „...ja uczestniczę we wszystkich najważniejszych wystawach, czyli na targach w kraju i za granicą, i na jakieś Legnicę nie mam czasu...”. Dziś widzę, że cel wytyczany przez STFZ w ciągu
niemal dwudziestu lat zastąpiła aktywność okazjonalna, akcyjność wydarzeń, które, bez właściwej dokumentacji, chwilę po ich
zakończeniu, tracą jakiekolwiek znaczenie. Wcześniej wystawy sztuki złotniczej i autorskie pokazy były prezentowane w wyraźnie
zaznaczonej przestrzeni, dziś przenoszą się w tłok na ulice, gdzie zasłonięte ciuchami i innym rękodziełem nie mają szans przebić się do świadomości publiczności. Kiermasze, giełdy, „art–fashiony” i butiki zastępują sale muzealne i galerie. Te ostatnie nikną, zamiast galerii pojawiają się „roomy”, w których autorskie prace złotnicze są często dodatkiem do głównego nurtu modowego. Za naszą wiedzą i zgodą. Dlaczego? Tego chcemy?


Być może takie są czasy, że chęć uczestniczenia we wspólnych interdyscyplinarnych przedsięwzięciach ma sens „PR–owy i kasowy”. Może tak. Pewnie w takich wydarzeniach uczestniczy więcej publiczności niż odwiedzi wystawę. Ale jaką szansę masz projektancie biżuterii, że w tym tłoku ktoś zapamięta Ciebie i Twoją pracę? Nikłą. Niektórzy wiedząc o tym, już nawet nie próbują promować siebie jako projektantów, próbują dać się zapamiętać jako „marka”. Krótki wyraz, efektowne logo. I co się dzieje? W efekcie może pojawi się jakaś wzmianka prasowa, może jakaś ulotna fotka wśród tysięcy innych i… za kilka dni już nikt o tym nie będzie pamiętał. Poza uczestnikami, którzy będą wzajemnie się
komplementować i opowiadać o „niebywałym sukcesie, mocnej marce i fantastycznej atmosferze”. Naprawdę te wydarzenia takimi
są?


Prowadząc w Sandomierzu Galerię Otwartą, mam bardzo często okazję do rozmowy z naszymi gośćmi. Część z nich wie o biżuterii autorskiej naprawdę sporo. Poznaje prace, pamięta nazwiska twórców. Wiele potrafią opowiedzieć o miejscach (jakże różnych), w których widzieli biżuterię pokazywaną również w Sandomierzu jako „czołówki polskich projektantów”. Nauczyliśmy się grzecznie ripostować ich zarzuty, ale informacja pozostaje. A za nią niełatwa refleksja, która nasuwa pytanie: hej, czy my się aby wystarczająco szanujemy? Czy umiemy pokazywać naszą pracę? A jeżeli nie, to kto ma nas tego nauczyć? I tu otwiera się szerokie pole do dyskusji, która prędzej czy później musi się rozpocząć.
Bo jeżeli tak się nie stanie, poza nielicznymi wyjątkami znikniemy w tłumie rękodzielników plenerowych…


Szanowni Czytelnicy, jako że powyższe myśli można odczytać w klimacie mało konstruktywnego narzekania, chciałbym również przy okazji przedstawić pewien pomysł. Licząc na to, że wśród Was są zarówno złotnicy, jak i osoby związane ze sprzedażą biżuterii, jest to dobre miejsce,
aby go zgłosić. Twórzmy w każdym mieście małe galerie biżuterii autorskiej. To naprawdę nie jest trudne. Twórzmy miejsca indywidualne w pomyśle, ale połączone współpracą z autorami i dobrym klimatem. I organizujmy wystawy! Nawet kilka gablot w przestrzeni galerii, muzeum lub innego miejsca związanego z kulturą i sztuką ma swój wymiar medialny, aktywnie promujący złotnictwo artystyczne. Zróbmy to 10 razy, 100 razy – sumaryczny efekt będzie gwarantowany. I piszmy o tym. W prasie, w mediach społecznościowych, na plakatach. Nie mamy innej drogi, aby ponownie stworzyć trend przyjazny dla biżuterii autorskiej. Bo z sieciówkami finansowo nie wygramy.


I jeszcze jedna naprawdę ważna sprawa: nie dajmy się wmanewrować w myślenie, że biżuteria to dodatek do ubrania. A dlaczego nie ma być odwrotnie?

Plik PDF/zdjęcie

Plik artykułu PDF
Zgłoś